Foster Alan Dean - Przeklęci Tom 02 - Krzywe Zwierciadło - Rozdział 05

    Słyszał, jak Aszregan przedziera się za nim przez krzaki. Niestety, robił mniej hałasu, niż można było oczekiwać po tak wielkiej istocie. Zgrabnie omijał liany, przeskakiwał lub przebiegał wodne oczka. Dziwne; przecież był ranny.

    Pewien swojej przewagi Piąty obejrzał się przez ramię i przeszedł go dreszcz. Obcy nie tylko był blisko, ale coraz bliżej. Na dodatek wcale nie kulał.

    Co u licha?

    Medyk zrozumiał nagle, że tamten miał najpewniej obie nogi w najlepszym porządku i to przez cały czas. Udawał tylko na wypadek, gdyby obserwował go przeciwnik. Dobrze udawał, skurkowaniec...

    Obcy był wyższy i silniejszy, zatem z wolna zaczął doganiać niepozornego Hivistahma. Włócznię ściskał w dłoni. Piąty był przekonany, że ścigający jest już dość blisko, by nią rzucić.

    Medyk wyobraził sobie, jak solidny kawał drewna trafia go w plecy i przyszpila do pnia. Spróbował przyspieszyć. Trójpalczaste stopy ledwie dotykały ziemi.

    Ale wszystko na nic. Aszregan i tak zbliżał się nieubłaganie.

    Piąty wiedział już, że pułapka nie przyda się na nic, pościg bowiem dobiegnie końca, zanim zbliżą się do zamaskowanego dołu. Wydało mu się, że czuje już na karku oddech tamtego. Rozbieganymi oczami ogarnął pobliskie zarośla. Gdzie ten Itepu z kamieniem? Jeszcze nie tutaj...

    Zerknął do tyłu. Prześladowca był tuż-tuż. Szeroka twarz, rozchylone usta pełne kwadratowych zębów, wydatne łuki nad uszami, czerep porośnięty sierścią. I te okrągłe oczy, płonące, przenikliwe...

    Bawi się ze mną, zrozumiał nagle Piąty. Wie, że w każdej chwili może mnie złapać.

    Uciekinier syknął rozgłośnie z bezdennej rozpaczy, ale nie ustał w biegu.

    Coś trzasnęło mu za plecami. Może tamten potknął się, nie patrząc pod nogi? Może trafił na jakąś wyjątkowo perfidną lianę? Hivistahm nie odważył się odwrócić głowy. Biegł, aż walące młotem serce wymusiło przystanek.

    Zamrugał zdumiony. Nikogo.

    Może to część zabawy? Może podkrada się, by bardziej wystraszyć ofiarę? Ale Aszreganie tak nie robią; zwykle ścigają do upadłego i tyle. Co innego Ziemianie, im podobne gry są nawet miłe.

    Wbrew zdrowemu rozsądkowi Piąty ruszył po własnych śladach. Starał się trzymać co gęściejszych krzaków, stopy stawiał ostrożnie, prawie bezgłośnie.

    W końcu ujrzał, czemu zawdzięcza ocalenie, i aż go zatchnęło.

    Aszregan stał nad pułapką i odkopywał właśnie fragment kamuflażu. Był zakrwawiony; strumyk posoki ściekał ze sporej rany na skroni.

    Obok leżał na plecach Itepu. Z ostrzem włóczni mutanta w brzuchu. Medyk zrozumiał, co to za hałas słyszał kilka chwil temu.

    Lepar musiał chyba wyskoczyć z ukrycia i zdzielić obcego, ale nie dość mocno, przez co z lekka tylko ogłuszony mutant dogonił Itepu, który chciał naprowadzić obcego na pułapkę, by naprawić błąd Hivistahma.

    Piąty pochylił się widząc, że Aszregan lustruje uważnie okolicę. Pewnie zastanawia się, gdzie zniknął ten pierwszy intruz i czy wielu takich niezrównoważeńców biega jeszcze luzem po lesie.

    Ostatecznie pochylił się nad Itepu i zaczął zadawać mu jakieś pytania. Korzystał z własnego, nieco pokiereszowanego translatora. Medyk słyszał urywki słów. Skrzywił się, gdy obcy poparł żądania naciskiem na tkwiącą w ranie włócznię. Jednak Lepar wciąż odmawiał odpowiedzi.

    Czemu milczy? Przecież jedyne, co w ten sposób zyska, to okrutniejszą śmierć.

    Spróbowaliśmy i nie udało się, pomyślał Piąty pojmując, że upór Itepu stwarza mu szansę ucieczki. Ale czy tak można? Owszem, to logicznie rzecz biorąc, jedyne rozsądne wyjście.

    Zawahał się. Alternatywą była śmierć. Chociaż... Wiadomo, że w pewnych sytuacjach nawet Hivistahmowie potrafili bronić się jak bestie... Czy da radę? Czy przezwycięży wpajane przez całe życie zasady? A przede wszystkim, czy zdoła pomóc Leparowi?

    Zażyte niedawno środki jeszcze działały, przez co lęki nie odzywały się zbyt głośno. Ale to był pomysł Itepu, pomyślał Piąty, ja chciałem ominąć Aszregana i poszukać pozycji naszych. Lepar sam wpakował się w kłopoty. Przecież są rzeczy ważniejsze niż jeden nierozważny dwudyszny. Krąg medytacyjny. Wysiłek wojenny. Gromada potrzebuje go żywego, żaden pożytek z martwych bohaterów.

    Wszystko przez Lepara, niech więc zapłaci za swój błąd. Hivistahm nic mu nie zawdzięcza. Spojrzy raz jeszcze na polankę i ruszy swoją drogą.

    Mutant pochylał się wciąż nad Itepu nie zwracając najmniejszej uwagi na okolicę. To dobrze. Piąty cofnął dłoń i liście znów szczelnie go zasłoniły.

    Sam nie wiedział, kiedy właściwie wysunął się z kryjówki. Nie potrafił też odtworzyć później, jak to się stało, że całym impetem wpadł na obcego. Gdzieś w okolicy kolan. Dokładnie nie wiedział, bo w krytycznej chwili zacisnął mocno powieki. Medyk był lekki, ale gnany strachem, nabrał sporego impetu.

    Trafił dobrze. Obcy spostrzegł go w ostatniej chwili i nie zdążył nijak zareagować. Zdumiony puścił drzewce włóczni i zamachał rękami, by odzyskać równowagę. Na jego obliczu odmalowało się bezbrzeżne zdumienie; wyraźnie nie dowierzał własnym oczom. Hivistahm go zaatakował...

    Grunt na skraju pułapki był równie śliski i błotnisty, jak cała ta planeta. Przez jedną straszną chwilę zdawało się, że obcy utrzyma się na nogach, jednak moment później zniknął z pola widzenia. Rozległ się chrzęst łamanych gałęzi, krzyk i głuche łupnięcie.

    Piąty opadł na klęczki. Dysząc ciężko, wywiesił język z ust; czekał, aż szalejące serce nieco się uspokoi. Z dziury dobiegały mało życzliwe odgłosy. W końcu Hivistahm przestał dygotać i podszedł niezgrabnie do Itepu. Pomógł mu wstać. Poza raną od włóczni, niegroźną zresztą, Lepar był cały.

    - Uratowałeś mi życie.

    - Chyba oszalałem. Zupełne wariactwo! Gdy wrócimy, trzeba wziąć mnie pod obserwację! Nalegam!

    Ignorując te wykrzykniki, dwudyszny zajrzał ostrożnie do jamy.

    Aszregan stał na dnie i miotał obelgi. Równocześnie przepatrywał uważnie ściany pułapki. Piąty nie był ciekaw widoku. Doskonale wiedział, jak może wyglądać wściekły Aszregan.

    - No, to go mamy - stwierdził Lepar.

    - Lepiej zejdź z tego tematu.

    - Cóż, skoro już się udało, to teraz musimy się zastanowić, jak zabrać zdobycz ze sobą.

    - Mam lepszy pomysł - mruknął posapujący jeszcze medyk. - Zostawimy go tutaj. Damy mu jeść i pić i zapamiętamy to miejsce. Potem inni wrócą i wyciągną gościa.

    - Nie, to bez sensu. Zdąży uciec. Musimy zabrać go ze sobą, inaczej okaże się, że uchetaliśmy się tylko dla rozrywki. - Spojrzał na pułapkę. - Wiemy już na pewno, że to Aszregan. Ziemianin w tej sytuacji nie zadawałby żadnych pytań. Oni zabijają bez gadania.

    Piąty podszedł niechętnie na skraj jamy. Co tu zrobić?

    Niespodziewanie obcy skoczył ku nim i wyciągnął ręce, jakby chciał złapać medyka za nogi. Hwistahm odskoczył, niepotrzebnie zresztą. Mutant był potężny, ale jego palce osunęły się po błocie.

    Potem próbował jeszcze wspinaczki. Siły miał zaiste niespożyte, jednak wilgotna gleba osuwała mu się pod rąk i nóg. Parę razy dotarł nawet dość wysoko, ale niezmiennie lądował w błocie.

    Długo trwało, aż poczuł zmęczenie i padł w bajorko zgromadzonej na dnie wody. Oddychał ciężko i żałował pewnie, że nie potrafi zabijać spojrzeniem.

    - Musimy go zostawić - mruknął Piąty szczękając zębami. - Jak obezwładnić taką bestię? Jak pomożemy mu wyjść, to nas załatwi; gdy spróbujemy zejść do niego, zabije nas w dole. A jeśli damy mu w łeb, to możemy uśpić go na zawsze.

    - Niekoniecznie - odparł powoli Itepu.

    - O czym myślisz?

    Lepar wskazał na medyczne wyposażenie Hivistahma.

    - Masz środki uśmierzające ból, prawda? Czy są wśród nich i takie, które wywołują senność?

    - Owszem, ale wszystko w dawkach dla Ziemian, Massudów i jeszcze paru naszych, którzy tu służą. Na Aszreganach znają się dopiero w szpitalu.

    - Słyszałem, że fizjologia Ziemian i Aszreganów ma wiele wspólnego.

    - Owszem, ale nie wiem, czy można mówić o takiej aż identyczności, by stosować wobec nich te same środki. Jestem tylko Piątym, sanitariuszem niosącym pierwszą pomoc na polu walki. Nie znam się na wszystkim.

    - Jednak ten tam ma wiele cech Ziemianina, podobnie też się zachowuje - zauważył Itepu. - Zapewne można potraktować go środkami przewidzianymi dla Ziemian. Może jednak spróbujemy?

    - Tak czy siak, pozostaje jeszcze jeden problem: jak zbliżyć się do niego na tyle, by zrobić zastrzyk?

    - Koniecznie zastrzyk? To twardy gość, ale on też musi jeść.

    Medyk się zastanowił.

    - A nie zacznie czegoś podejrzewać?

    - Pewnie tak, ale jak zgłodnieje, to mu podejrzliwość przejdzie. Zrozumie, że w każdej chwili i tak możemy go zabić, rzucając z góry kamieniami. Nie wie poza tym, że jeden z nas jest sanitariuszem i ma cały zapas różnych znieczulaczy.

    Hivistahm przyrządził bardzo silną miksturę. Uznał, że nawet ewentualne zejście pacjenta nijak nie obciąży mu sumienia. Nie w tych okolicznościach. Tak więc nie wahał się, szczególnie że nie zamierzał nikogo zabijać, a dla niego najważniejsze były intencje działania. Pomyślał tylko przelotnie, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jeśli niechcący przedawkuje, to przynajmniej nie będą musieli targać tego giganta ze sobą.

    Zgodnie z przewidywaniami Aszregan odmawiał z początku przyjęcia pożywienia, jednak po dwóch dniach bezskutecznych prób wdrapania się na górę, zaczął łakomym okiem spoglądać na podsuwane mu owoce i mięso. Ostatecznie się poddał. Apetyt miał imponujący; nie tyle jadł, co żarł. Potem przysiadł z otępiałą miną na dnie jamy.

    Godzinę później zamknął oczy i padł na bok.

    - Musimy owinąć liany wkoło drzewa, to go wyciągniemy - zaproponował Itepu. - Potem go zwiążemy. Chyba razem zdołamy go udźwignąć.

    - Jeden musi zejść na dół, żeby zaczepić pętlę - stwierdził medyk, lustrując nieruchomą sylwetkę. - A jeśli nas nabiera?

    - Sprawdzę.

    Lepar rozejrzał się za stosownym kamieniem i upuścił prosto na czaszkę Aszregana. Pociekła krew, ale ciężar był za mały, aby uszkodzić kość. Powieki tamtego nawet nie drgnęły.

    - Naprawdę nieprzytomny - stwierdził Piąty. - No, to zaraz go obwiążemy.

    Pocięcie lian skalpelem nie nastręczyło żadnych kłopotów i nie trwało długo, a obcy znalazł się cały w zielonym kokonie. Ręce związali mu na plecach. Zanim więzień odzyskał przytomność, był już na górze. Na wszelki wypadek, nie przeceniając własnych sił, nogi skrępowali mu luźno. Aby nie mógł stawiać zbyt dużych kroków, połączyli kostki obcego kawałkiem gałęzi. Miał dość swobody, by iść, za mało, aby biec.

    Gdy otworzył oczy, przede wszystkim niebotycznie się zdumiał. Sprawdził wszystkie więzy, a gdy się upewnił, że nie zdoła ich rozerwać, spojrzał na Piątego z wyrzutem.

    - Zadaliście mi jakieś świństwo - powiedział. Jego translator był poobijany, ale działał. - Tego się nie spodziewałem. Od kiedy to Hivistahmowie włóczą się z Leparami po dżungli? Skąd mieliście usypiacze?

    - Jestem sanitariuszem - wyjaśnił odruchowo Piąty. Nawet spętany i bezsilny, Aszregan budził w nim respekt.

    - Tego nie wiedziałem. A powinienem poznać, że nosisz inny mundur. No, dobra. Macie mnie. Co teraz?

    - Zabierzemy cię ze sobą. - Hivistahm odsunął się widząc, że jeniec zamierza wstać.

    Nawet teraz górował nad strażnikami. Z miejsca zorientował się, że wydatnie ograniczono mu mobilność.

    Itepu podniósł włócznię obcego, a ten skrzywił się szyderczo.

    - Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że mógłbyś jej użyć - powiedział. - Nie uwierzę.

    - To się zdziwisz. Już dwa razy przywaliłem ci kamieniem.

    - Też prawda. Ciekawy z was ludek. Któregoś dnia wspaniale przysłużycie się Celowi.

    - Po naszych trupach - odwarknął Itepu.

    - Podzielam to zdanie - dodał natychmiast Piąty. - Idziesz z nami. Jesteś anomalią. Wyglądasz jak Aszregan, ale zdradzasz cechy Ziemianina.

    - Jestem Aszreganem - odparł dumnie jeniec. - Oficerem. Nazywam się Randżi-aar, pochodzę z oddanego bezgranicznie Celowi świata Kossut. - Napiął więzy. - Gdybym tylko mógł się uwolnić, zabiłbym was obu, jak wszystkich niechętnych Celowi.

    - Tak, tak, wiemy - mruknął medyk upewniając się, że supły na lianach trzymają jak należy. - To oczywiste, że musiałeś zostać zmanipulowany. Kolejny pomysł Ampliturów.

    Oficer spojrzał ostro na Hivistahma.

    - Ampliturowie nie robią takich rzeczy - wycedził. - To wszystko propaganda Splotu. Ampliturowie...

    - Oszczędź nam wykładu na temat, jacy to oni są cudowni, dobra? Mam oczy i widzę, co widzę, a na dodatek jestem wykwalifikowanym sanitariuszem. Łączysz cechy dwóch ras, Aszreganów i Ziemian. To nie stało się samo. Zabieramy cię do naszych, gdzie lepsze głowy niż moja rozwiążą zagadkę twego pochodzenia.

    - Do niczego nie dojdą - żachnął się tamten. - Wzięliście jeńca, to wszystko. - Spojrzał ostro na Itepu, który mrugnął nerwowo oczami, ale się nie cofnął. - Żałuję, że cię nie zabiłem, gdy była okazja.

    - Tak wyszło.

    - Niestety. Zebrało mi się na przesłuchanie. Winienem zachować się jak Ziemianin.

    - Szczęśliwie dla mnie zrobiłeś inaczej - zauważył Lepar i dźgnął jeńca czubkiem włóczni. - Teraz idziemy. Tędy.

    Jeniec spojrzał przeciągle na dwudysznego i ruszył niezgrabnie we wskazanym kierunku. Dumna z siebie eskorta pomaszerowała za nim.

    Obawy Piątego okazały się płonne. Nikt ich nie zaatakował, nic nie wyskoczyło z zarośli. Spokój. Aszregan też jakby pogodził się z losem. Wszelako zachowywali czujność, gdyż byli pewni, że wcześniej czy później kompani pojmanego zaczną go szukać.

    Bez przeszkód dotarli do rzeki. Aszregan czekał cierpliwie, gdy Piąty przycinał gałązki, a Itepu wiązał je sprawnie w kształt prymitywnej tratwy. Teraz w zachowaniu jeńca nie było ani śladu obcych cech. Nie próbował ucieczki (Ziemianin zapewne skoczyłby do rzeki, chociaż spętany najpewniej by utonął), nie wierzgał, nie miotał obelg.

    Ani na chwilę nie ustawał za to w wykładzie o wyższości Celu nad wszystkim innym. Potok demagogu nie miał końca i Hivistahm był coraz bliższy uciszenia jeńca włócznią.

    - Słyszeliśmy już to wszystko - warknął w końcu. - Niezależnie od tego, co ci opowiadano, cywilizacja nie kończy się na Wspólnocie.

    - Ludy cywilizowane nie zabijają bezbronnych cywilów na otwartych światach - odpalił Aszregan. Piąty spojrzał zdumiony znad węzłów.

    - O czym ty mówisz?

    - O moich rodzicach. Cała moja rodzina, jej przyjaciele i krewni zostali wymordowani przez Ziemian i Massudów.

    - Niby kiedy?

    - Podczas masakry na Housilat, oczywiście. Musieliście o niej słyszeć, chyba że Gromada cenzuruje wiadomości. Stamtąd pochodzę.

    - Housilat, Housilat - zastanawiał się Piąty. - A owszem, jest taki świat, zasiedlony przez Aszreganów i chyba Bir'rimorów. Gromada odzyskała go jakiś czas temu, ale nie znam szczegółów. Kojarzysz coś, Itepu?

    Stojący w wodzie Lepar pokręcił głową.

    - Mamy raczej kiepską pamięć, ale przyznaję, że ta nazwa czemuś nie jest mi obca.

    - Osobiście wiem tyle tylko, że batalia ciągnęła się dość długo, ale z użyciem raczej skromnych środków. Gromada ostatecznie zwyciężyła. Nie było żadnej masakry kolonistów. O tym bym słyszał.

    Piąty dociągnął ostatni węzeł i spojrzał z dumą na swoje dzieło. Nie tego uczono go na kursach, ale w obecnych okolicznościach...

    - Kto chciał, mógł zostać na miejscu jako obywatel Gromady. Pozostałych repatriowano na najbliższy świat Aszreganów.

    Randżi zmarszczył brwi.

    - Propagandowe gadki. Wszyscy zostali wymordowani. Moi biologiczni rodzice też tam zginęli.

    Medyk poprawił lianę.

    - Mogli zginąć, owszem; gdy dochodzi do strzelaniny, cywile też czasem znajdą się pod ogniem. Ale masakry nie było.

    - Rodzice wszystkich moich przyjaciół, ich krewni i krewni ich krewnych, wszyscy nie żyją. Czy Hivistahmowie nie potrafią nigdy powiedzieć niczego wprost? Aż tak uwielbiacie eufemizmy?

    - Może i uwielbiamy, ale fakt pozostaje faktem. Nie było żadnej eksterminacji. Gromada tak nie postępuje. Ktoś musiał cię okłamać.

    - Ampliturowie... - zaczął Randżi z zamiarem przypomnienia, że Nauczyciele nigdy nie kłamią, ale nagle dotarło do niego, że żaden Amplitur nie powiedział mu nigdy ani słowa o Housilat. Całą opowieść o masakrze usłyszał z ust przybranych rodziców i nauczycieli w szkole. Wszyscy byli Aszreganami. Ciekawa sprawa. Dobrze byłoby spytać kiedyś o to jakiegoś Amplitura i poobserwować potem jego reakcje...

    Nie! Co za absurd! Też coś! Czemu miałbym zawracać Nauczycielom głowę jakimiś bzdurami, wygadywanymi przez obdartego Hivistahma?

    - To was okłamano - powiedział głośno. - To wszystko miało miejsce.

    - Kto wie - mruknął Piąty. - Nie było mnie tam, nie widziałem. Ale powiedz mi, oficerze, po co ktoś miałby mordować tysiące nie uzbrojonych istot? Co by to dało?

    - Ziemianie nie kierują się logiką.

    - Ale nawet oni nie są tacy porywczy. Słyszałem kilka plotek o odosobnionych przypadkach zdziczenia, ale żeby planowe mordowanie? Zresztą, i tak Ziemianie nigdy nie walczą sami. Na wszelki wypadek przydziela im się zawsze do towarzystwa Massudów. Co drugi doniósłby o sprawie.

    - Skąd ta pewność? Gromada nie trąbiłaby głośno o podobnym incydencie, wręcz przeciwnie. A wszystko przez to, że nie uznajecie zwierzchności Celu. Walczycie miedzy sobą, kłócicie się. Rozpowszechnienie informacji o podobnej zbrodni podsyciłoby konflikty.

    - Gładko powiedziane, ale ja ci nie wierzę - stwierdził Hivistahm. - Chociaż nie mogę wykluczyć, że jednak mówisz prawdę. Doceń to proszę. Zawieśmy tę rozmowę do czasu uzyskania jakichkolwiek dowodów za lub przeciw.

    Randżi umilkł i zamyślił się głęboko. Nauczyciele nieraz powtarzali, że myślenie szkodzi, ale cóż. Może naprawdę go okłamywali? Ale czemu mieliby oszukiwać i to w tak istotnej sprawie jak tragednia na Housilat? Hivistahm wyglądał na szczerze zdumionego. Owszem, rząd Gromady mógłby chcieć ukryć prawdę, ale czy miałby na to jakieś szansę? Przy tak rozbudowanych sieciach łączności międzyplanetarnej trudno cokolwiek zataić.

    - Moi przyjaciele i tak was stąd wyprą - powiedział z braku lepszych pomysłów. - A jakkolwiek to się stało, Gromada winna jest Śmierci moich rodziców.

    - Przykro mi - odparł medyk. - Nawet w boju o szlachetną sprawę padają czasem przypadkowe ofiary. Jednak o tym konkretnym zdarzeniu nie wiemy nic więcej. Byliśmy wtedy ledwie dziećmi.

    Randżi przywołał się do porządku. Zamiast gadać po próżnicy, winien raczej wypatrywać sposobności ucieczki.

    - Nie twierdzę, że to wy osobiście jesteście temu winni. Służycie jednak tej samej, głuchej na prawdę instytucji. Cel nie pozwala mi miotać oskarżeń na ślepo.

    - Oczywiście - mruknął Piąty z sarkazmem. - Dziwny z ciebie gość.

    - Jestem Aszreganem. Jeśli macie podejrzenia, że jest inaczej, to tylko marnujecie czas.

    - Chyba widziałeś już jakieś zdjęcia Ziemian. Nie zdumiałeś się nigdy podobieństwem?

    - Wiem, iż istnieje i że jest całkiem przypadkowe. Zresztą jest też wiele różnic.

    - Takie manipulacje na sojusznikach to nic dziwnego; Ampliturowie robią nie takie rzeczy. - Może Gromada nawet wie już o tym, pomyślał Piąty, ale woli sprawy nie rozgłaszać. Jeśli tak, to szybkie i precyzyjne uderzenie na świat, gdzie prowadzą ten swój eksperyment, powinno zażegnać niebezpieczeństwo.

    Hivistahm nagle otrzeźwiał. Przecież to byłoby właśnie coś takiego, jak owa wspomniana przez Aszregana masakra. Nie, S'vanowie i Hivistahmowie nigdy nie pozwoliliby na coś takiego.

    Nigdy.

    - To nonsens - powiedział jeniec, wiercąc się w kokonie. - Aszreganie to zupełnie odrębna rasa. To, że niektórzy z nas są roślejsi i silniejsi, nie znaczy jeszcze, że muszą być produktami jakichś dziwacznych i nieetycznych eksperymentów na genach.

    - Nie mnie o tym orzekać. Specjaliści obejrzą cię, ostukają... Nie, nie oczekuj wiwisekcji - dodał, widząc grymas zainteresowanego. - Naprawdę sądzisz, że jesteśmy tacy, jak w propagandowych filmikach Ampliturów?

    - Ampliturowie nigdy nie nazywali was barbarzyńcami.

    - Nie wprost. - Hivistahm szczęknął zębami. - Ale sugerują, że tak właśnie jest. W tym wasi panowie są całkiem dobrzy. Znaczy, w sugerowaniu.

    - Oni nie są naszymi panami. Wobec Celu wszyscy są równi.

    - Nigdy nic ci nie narzucili?

    - Owszem, kilku nawiązało kiedyś ze mną kontakt myślowy - odparł z dumą Randżi. - Ale czułem wtedy jedynie radość z tego wyróżnienia.

    - Jakże by inaczej. Kazali ci się cieszyć.

    - To było moje odczucie, nikt mi niczego nie kazał - zaprzeczył Randżi podniesionym głosem.

    Błędne koło, pomyślał Piąty z rezygnacją. Razem z Itepu zaciągnął tratwę na skraj rzeki. Po zwodowaniu okazała się całkiem stabilna.

    - Ruszamy - oznajmił więźniowi. - Tylko nie próbuj niczego głupiego. Jeśli myślisz o wywróceniu tratwy, to uprzedzam, że mój towarzysz jest istotą dwudyszną; w wodzie radzi sobie równie dobrze jak na powietrzu. Gdyby co, to mnie ratowałby w pierwszym rzędzie, ciebie dopiero potem. Nie masz szans na ucieczkę.

    - Jestem tylko żołnierzem, ale tyle to sam potrafię zrozumieć - odparł Randżi i podreptał na brzeg.



Strona główna     Indeks